niedziela, 4 marca 2018

„Tkanki” Dominika van Eijkelenborg


Pamięć tkankowa to pojęcie obce przeciętnemu człowiekowi, o ile jego praca nie jest związana z medycyną. Dla mnie do momentu sięgnięcia po Tkanki Dominiki van Eijkelenborg również takie było. Możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy opowiedziałam koleżance o tej książce, a ona stwierdziła: Wiem, że takie coś jest. Dopiero po chwili zorientowałam się, że przecież ona rozszerza biologię. Jak jednak ten pewien niewielki odłam wiedzy biologicznej wypadł w połączeniu z thrillerem?

Nastoletnia Evi od najmłodszych lat zmaga się z chorobą serca, która uniemożliwia jej normalne życie. Brak poprawy, a nawet postęp schorzenia sprawia, że przeprowadzenie przeszczepu organu jest niezbędne, aby dziewczyna przeżyła. Jej matka, Chantal Simons, czuje wewnętrzne rozdarcie, ponieważ uświadamia sobie, że aby Evi mogła żyć, ktoś musi umrzeć. Po kilku miesiącach ciągłego napięcia i oczekiwania na jakiekolwiek wieści od lekarza pojawia się dawca, którego serce ratuje życie dziewczyny. Nikt jednak nie przypuszcza, że to dopiero początek przejmującej historii. 

Jeśli jeszcze nie przeczytaliście pełnego opisu, który znajduje się na odwrocie okładki, podczas czytania innych recenzji lub na stronach księgarni internetowych, to radzę tego nie robić. Zdradza on zdecydowanie zbyt wiele treści, gdyż czytelnikowi zostaje streszczone, wcale nie przesadzam, 1/3 książki. To taka drobna sugestia z mojej strony, bo uważam, że ten opis, który ja przedstawiłam, przedstawia wystarczająco wiele treści. Więcej nie trzeba. 

Teraz jednak przejdźmy do istoty tego wpisu...

Pomysł Dominiki van Eijkelenborg uważam za świetny i bardzo unikatowy. Nigdy wcześniej się z nim nie spotkałam, a, tak jak już wspominałam, pamięć tkankowa była dla mnie pojęciem obcym. Jednakże dobry konspekt to nie to samo, co dobra książka. Na szczęście w przypadku Tkanek mogę powiedzieć, że to to samo. Według mnie autorka zrealizowała swój pomysł bardzo dobrze. Wielokrotnie czułam napięcie i nie potrafiłam oderwać się od lektury. Jednak sądzę, że określenie tej pozycji thrillerem nie jest do końca adekwatne. Może się ono okazać nieco krzywdzące dla osób lubujących się w tym gatunku i pożądających dużej większej dawki emocji np. ode mnie.

Pierwsza rzecz, która przykuła moją uwagę, to dobry warsztat autorki. Każde słowo nie jest zbędne, każde ma swoje znaczenie i mimo lekkości w lekturze i szybkiemu przewracaniu kolejnych stron, ten styl nie można określić zwyczajnym. Plastyczny, pozbawiony niepotrzebnych potocyzmów, charakterystyczny. Z góry uprzedzę, że w Tkankach nie można znaleźć zbyt wielu dialogów. Całość opiera się głównie z opisów przeżyć bądź sytuacji. Jednak mimo to czyta to się bardzo dobrze, opisy nie są przytłaczające - właśnie dzięki stylowi pisania Dominiki van Eijkelenborg. 

Zabieg przedstawiania fabuły z kilku punktów widzenia w narracji pierwszoosobowej przewija się w wielu książkach, jednak nie do każdej on pasuje. W przypadku tej pozycji okazuje się to strzałem w dziesiątkę! Przede wszystkim taka narracja w Tkankach ma swój cel, nie jest przypadkowa. Uświadamia, że ta sama sytuacja dla jednych oznacza szczęście, a dla drugich - rozpacz. Dla jednych niepokój, dla drugich - zwyczajność. 

Również dzięki takiej narracji bohaterowie wydają się czytelnikowi bliżsi, ludzcy, zwyczajni - niepapierowi. Stopniowo czytelnik poznaje każdego z nich, przywiązuje się do nich, jak w moim przypadku. Niektórzy uważają te postacie za nieco przerysowane, a szczególnie matkę Evi, czyli Chantal. Według mnie taka sytuacja w Tkankach nie ma miejsca, ponieważ zważając na to, że jest matką, troszczy się o swoje dziecko i ciągle dostrzega niebezpieczeństwa wokół niego - to jak najbardziej naturalna sytuacja. Evi trzymana pod kloszem? Wiele matek, czy nawet ojców nie potrafią pogodzić się z faktem, że ich dzieci dorastają i na wiele rzeczy pozwolenia nie mają. Takie przypadki w prawdziwym życiu się zdarzają - to nie jest fikcja. Dlatego też nie zgadzam się z sugestiami o nierealności tych postaci. 

Prawdę mówiąc, zakończenia można się domyślić. Już od początku czytelnik podejrzewa, co się dzieje. Dlatego też nie zostałam zbyt zaskoczona. Ponadto to zakończenie wydaje mi się nieco niepełne. Książka została skończona w połowie sceny - takie odniosłam wrażenie. Dlatego też samo rozwiązanie akcji nie usatysfakcjonowało mnie.
„(...) lęk przed stratą jest genetyczny, wrodzony. Nawet gdy jeszcze nie rozumiemy śmierci, jesteśmy jej w pewien sposób świadomi. (...) Rodzimy się z tą wiedzą zakodowaną w naszych tkankach. Żeby przeżyć, potrzebujemy innych ludzi.”
„(...) nienaprawione błędy, których sobie nie wybaczyliśmy, wracają do nas dopóty, dopóki nie nauczymy się ich naprawiać.”
„Nie da się wrócić do tego, co świadomie porzuciliśmy na pastwę czasu. Nie da się ruszyć w przyszłość, zabierając ze sobą jednocześnie przeszłość.”


Lektura Tkanek była dla mnie przyjemnym odprężeniem. Skończyłam ją czytać dosyć szybko i zapadła w mojej pamięci. Sądzę jednak, że nie wszystkim mogą one przypaść do gustu. Przede wszystkim wszyscy miłośnicy trzymających bez przerwy w napięciu thrillerów na pewno poczują się rozczarowani. Fani akcji pędzącej z zawrotną prędkością też nie będą usatysfakcjonowani tą pozycją. Mi jednak się spodobała i wielką chęcią sięgnę po inne książki Dominiki van Eijkelengorg. Natomiast Tkanki oceniam na:
☆☆
Czytaliście tę książkę? Macie zamiar po nią sięgnąć i przekonać się, czy Wam się spodoba? Podzielcie się swoimi opiniami w komantarzach!

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Kobiecym. Bardzo dziękuję!

Oliwia xx
Czytaj dalej »

niedziela, 18 lutego 2018

„Cinder i Ella” Kelly Oram


Każdy chyba zna baśń o Kopciuszku. Sierota traktowana okropnie przez swoją macochę i przyrodnie siostry staje się nagle królową balu wyprawionego przez księcia na zamku, a później oboje żyją długo i szczęśliwie. Co do tego nikt nie ma żadnych wątpliwości. Cóż więc może zaoferować nam książka Kelly Oram, skoro i tak wszystko jest jasne po przeczytaniu samego tytułu? Według mnie świetną zabawę podczas lektury! Jeśli to nie wystarcza, to cóż... Postaram się podać nieco więcej argumentów.

Kiedy osiemnastoletnia Ella ulega wypadkowi samochodowemu, traci swoją matkę oraz dawny wygląd, ponieważ doznała ciężkich obrażeń, po których blizny nigdy nie znikną. Po kilkumiesięcznej hospitalizacji trafia pod opiekę niewidzianego od lat ojca oraz jego nowej rodziny, która od razu nie przypada jej do gustu. Nowa szkoła, wrogość ze strony rówieśników to tylko wierzchołek góry lodowej problemów Elli. Za radą psychologa odnawia kontakt ze swoim internetowym przyjacielem - Cinderem.

Cindera i Ellę dosłownie pochłonęłam w niecałe dwa dni. Ten retelling nie wprowadza zbyt wielu zmian do oryginalnej historii, ale i tak czytało mi się ją przyjemnie. Idealna na kaca książkowego, gdyż, nie oszukujmy się, nie wymaga jakiegoś zaangażowania w znaną wszystkim dzieciom i dorosłym fabułę, a przynosi frajdę! Przynajmniej ja tę książkę w taki sposób odebrałam. 

Ta książka nie jest debiutem Kelly Oram, natomiast jej pierwszą powieścią wydaną w Polsce. Rękami i nogami podpisuję się pod wydaniem pozostałych książek tej autorki i przysięgam, że po każdą sięgnę. Jej styl pisania jest z jednej strony bardzo prosty, niezbyt literacki, ale z drugiej bardzo dobrze się go odbiera. Szczerze trudno wyobrazić mi sobie retelling Kopciuszka opisany pompatycznym stylem. Byłoby to nieco niedorzeczne, zwłaszcza że grupą odbiorców jest młodzież nawet nieco młodsza ode mnie (muszę w końcu zacząć się godzić z wkraczaniem w dorosłość, ale mi nie wychodzi). 

Bohaterowie na początku mogą sprawiać wrażenie takich... jednowymiarowych, którzy na pytanie: Czemu jesteś wredny dla Elli? odpowiedzieliby: Bo tak. To, co na początku wydaje się takie typowe, oczywiste, aż nawet przesadzone w zachowaniach niemalże wszystkich postaci jest później wytłumaczone, czytelnikowi są przedstawione źródła przyjmowania takiej, a nie innej postawy. Ponadto niektórzy nawet przechodzą swego rodzaju przemianę, dzięki czemu zyskają nieco na realności. Innych wręcz nie można nie polubić, gdyż za każdym razem, gdy się pojawiają, wywołują uśmiech na twarzy. Czy można chcieć czegoś więcej?

Czy w tej książce dzieje się zbyt wiele? Można na to spojrzeć z dwóch stron. Z jednej, w porównaniu z innymi pozycjami, to akcji nie zajdzie się zbyt wiele. Z drugiej, patrząc pod kątem tego, że to mimo wszystko jest po prostu retelling znanej baśni, z łatwością przytaknę. Króciutką historię Kelly Oram rozbudowała do ponad trzystustronicowej powieści, która nie jest o niczym. Czytelnik nie musi czytać zapierających dech w piersiach opisów my morning routine głównej bohaterki czy innych pasjonujących czynności. Kolejne przełomowe wydarzenia są w taki sposób rozmieszczone w książce, że odbiorca nie ma wrażenia przez pierwsze sto stron, iż nic się nie dzieje, a później, pod koniec, akcja pędzi jak szalona. Głównie dzięki temu nie można tak po prostu odłożyć Cinder i Elli, dopóki się jej nie skończy.

Ta książka jest w pewnych momentach bardzo przewidywalna. Już na stronie (sprawdziłam!) trzydziestej czwartej wiedziałam, kto kryje się za anonimowym Cinderem (w przeciwieństwie do Elli). Nie trzeba nawet zaczynać tej książki, żeby wiedzieć jak się skończy. Cukierkowe zakończenie jest już w pakiecie, bez żadnych niejasności. Jednak mimo to byłam ciekawa, w jaki sposób rozwinie się wątek głównych bohaterów i jak zastanie rozwiązany, żeby żyli, jak to mówią - długo i szczęśliwie. Pewne momenty poprzedzające samą końcówkę nie były tak do końca oczywiste, a dzięki temu - ciekawe i nieco zaskakujące.
„Problem z bajkami polega na tym, że większość z nich zaczyna się od jakiejś tragedii. Doskonale rozumiem, dlaczego tak się dzieje. W końcu nikt nie chce, aby bohaterką była rozpieszczona, zadowolona z życia księżniczka. Wyzwania i problemy kształtują charakter, dodają postaci głębi, czynią ją wrażliwszą, sympatyczniejszą i pozwalają czytelnikowi się z nią identyfikować. Mierzenie się z trudnościami wzmacnia - to jasne. Nieszczęścia w bajkach są potrzebne i nikt nie ma nic przeciwko nim - chyba że akurat jest się w tej bajce główną bohaterką.”


Po skończeniu tej książki mam nieco mieszane uczucia ze względu na napis widniejący z tyłu okładki, który brzmi: Drugi tom w przygotowaniu. Za granicą został wydany już dawno i nosi tytuł Happily ever after. Z jednej strony się cieszyłam, i wciąż cieszę, że powrócę jeszcze raz do tego świata, będę pochłaniać kolejną książką Kelly Oram. Z drugiej miałam, i wciąż mam, wątpliwości, czy ta druga część nie została napisana bardziej pod publikę i zaczną się tworzyć jakieś niepotrzebne dramaty i tragedie, których chciałabym uniknąć. Mogłyby bowiem tylko zaszkodzić w odbiorze całej duologii. Mimo swojej przewidywalności świetnie się przy niej bawiłam, jak przy niewielu książkach, dlatego moja ocena wygląda następująco:
Jakie były Wasze wrażenia podczas lektury? Jeśli jeszcze nie czytaliście, macie zamiar sięgnąć po tę pozycję? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.

Recenzja powstała we współpracy z Grupą Wydawniczą Publicat S.A. Bardzo dziękuję!

  Oliwia xx
Czytaj dalej »

niedziela, 11 lutego 2018

„Górnicy PL” Karolina Macios


Osiemnastego stycznia na kanale Discovery Channel został wyemitowany pierwszy odcinek serialu Górnicy PL. Jednakże producentka i reżyserka tej produkcji uznała, że nie da się ująć wszystkiego kamerą. Wtedy właśnie powstała książka Górnicy PL wydana nakładem wydawnictwa Insignis - uzupełnienie serialu, chociaż ja nie obejrzałam jeszcze żadnego odcinka i myślę, że nie trzeba tego robić, aby ją przeczytać. 

Na książkę składa się siedem historii pracowników różnych rodzajów kopalń - węgla, miedzi i soli. Każda jest inna, zupełnie indywidualna, mimo że mają czasem pewne punkty styczne. To nie jest przyjazne miejsce, pracujący tam ludzie są twardzi i zahartowani, bo nieustannie muszą się mierzyć z żywiołem i swoimi słabościami, a walka nie jest równa. Tu nie ma takiej samej dniówki, każdy dzień jest inny - mówią z błyskiem w oku. 

Ta książka bardzo mnie poruszyła w znaczeniu zszokowała tym, co przekazuje. Tak naprawdę niewiele mówi się o górnikach. Jedynym dniem, w którym można usłyszeć pewną wzmiankę na ich temat, to 4 grudnia. Myślę, że to za mało za ich poświęcenie. Za ich trud pracy. Za ich odwagę do zstępowania pod ziemię każdego dnia aż do emerytury lub śmierci. 

O samej książce dosyć trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ nie jest to typowa książka z fabułą, akcją, bohaterami. Nie jest to też żadnego rodzaju biografia. To są po prostu historie prawdziwych ludzi. Z krwi i kości. Po zajrzeniu w spis treści najbardziej zszokowało mnie, że znalazłam wśród pracowników kopalń imię kobiety. Natomiast historia, która chyba najbardziej ścisnęła mnie za serce, to ta Roberta Jaczyńskiego - górnika w kopalni węgla, którego marzeniem było zostanie pilotem. W dodatku wciąż wierzy w jego spełnienie, gdyż podczas pobytu na emeryturze pragnie spędzać czas w przestworzach jako pilot turystyczny. 

Górnicy PL są napisani lekkim piórem, dzięki czemu sama lektura sprawia przyjemność. Prawdziwe, realne historie wymagają do ich opowiedzenia prawdziwego, realnego, w znaczeniu mało literackiego, języka. Oprawa graficzna, podział książki również są świetne. Górnicy PL są podzieleni na trzy części - węgiel, miedź i sól, a w każdej z tych części historie górników pracujących w tych rodzajach kopalń. Ponadto w środku można znaleźć kadry z serialu, co jest oczywiście plusem. 

„Ludzie patrzą na nas, jakbyśmy ciągle żyli w latach sześćdziesiątych, a prawda jest taka, że trzeba być nieźle walniętym, żeby pracować na kopalni. Kiedy przychodzą młodzi, to raczej z ciekawości niż po pieniądze, bo nie mają co liczyć na pensje prezesowskie. Gdyby górnicy naprawdę zarabiali kokosy, jak niektórzy uważają, to po co wyrabialiby jeszcze nadgodziny w zalanych, zapylonych wyrobiskach, gdzie temperatura dochodzi do trzydziestu stopni, i pod niestabilnym stropem, który w każdej chwili może runąć? (...) górnikom należy się szacunek za to, kim są i co robią na dole. O górnictwie zazwyczaj mówią dużo ci, co nic nie wiedzą na temat tej pracy. »Zjadą, pokopią i wyjdą na powierzchnię.« Tak? To ja zapraszam na dół, proszę sobie pokopać, nawet nie trzeba całą zmianę, wystarczą za dwie godzinki.”
Uwielbiam ten fragment...

Polecam przeczytać tę książkę każdemu, bez względu na to, czy ma zamiar obejrzeć serial, czy nie. Można w niej odnaleźć poświęcenie, trud ludzkiej pracy, w dodatku bardzo ryzykownej i ciężkiej. Może dzięki serialowi i książce zawód górnika zostanie bardziej zauważony, doceniony. Dla mnie najgorsze podczas lektury było to, że nie mogłam sobie pomyśleć: To tylko fikcja. Nie, to jest właśnie życie. Moja ocena chyba nie powinna ulegać wątpliwości: 
Oglądaliście serial? Czytaliście książkę? Jeśli nie, to macie taki zamiar? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.
Oliwia xx
Czytaj dalej »

wtorek, 6 lutego 2018

„Srebrny łabędź. Elite Kings Club #1” Amo Jones – przedpremierowo

Data premiery: 16.02.2018 r.; można zamawiać na stronie internetowej wydawnictwa
Srebrny łabędź przykuł moją uwagę dosyć intrygującą okładką i tytułem. Przeczytawszy opis, pomyślałam, że byłaby to dosyć dobra książka na odstresowanie, odpoczynek umysłu po przeczytaniu lektur szkolnych. Mimo to nie podeszłam do niej jako do guilty book, przez co poczułam się nieco (chociaż to zbyt delikatnie powiedziane) rozczarowana podczas lektury. Dlaczego tak się stało?

W pierwszym tomie serii Elite Kings Club czytelnik poznaje Madison Montgomery - typową bogatą nastolatkę z zamiłowaniem do polowań na zwierzęta. Wszystko zmienia się w chwili, gdy jej matka popełnia zabójstwo, a następnie samobójstwo. Po ponownym ożenku ojca Madison oboje przeprowadzają się do nowego miasta, a ona trafia do prywatnej szkoły, gdzie wszystko jest bardziej skomplikowane i tajemnicze niż wygląda na pierwszy rzut oka. Jej przyrodni brat oraz dziewięciu innych chłopaków należą do rzekomego Elite Kings Club, co daje im również przyzwolenie na podporządkowywanie sobie całej szkoły. Gdy Madison zostaje wciągnięta w wir wydarzeń związanych z członkami owej grupy, pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. Wszystko komplikuje również fakt, że wpadła w oko Bishopowi - jednemu z chłopaków należącego do elitarnego klubu. 

Szczerze? Liczyłam na coś więcej niż otrzymałam. Nie wiem, czy to moja wina, ponieważ potraktowałam ją zbyt na poważnie, czy też naprawdę jest taka słaba. Mojej mamie się spodobała i pochłonęła ją w zaledwie jeden dzień, natomiast ja, pomimo niewielkiej objętości, czytałam ją kilka dni. Jednak co aż tak mnie rozczarowało?

Styl pisania Amo Jones pokochały fanki literatury erotycznej na całym świecie! Cóż, ja nie pokochałam. Nie liczyłam co prawda na język literacki rodem z Chłopów albo Lalki, jednak nie sądziłam, że będzie gorszy od języka połowy fanfiction opublikowanych na Wattpadzie. Może przy czytaniu zwyczajnych dialogów nie raziło mnie to aż tak bardzo, jednak opisy scen erotycznych pobiły na głowę wszystkie, które czytałam do tej pory. Rozumiem, że wulgarne określenia też są po to, aby ich używać, ale nie w takiej ilości! Naprawdę, jeszcze nigdy nie czułam aż takiego zniesmaczenia czytając książkę...

Wciągająca opowieść o mrocznej i niebezpiecznej rozgrywce, która toczy się za murami elitarnej szkoły, otwiera zupełnie nową serię książek! Nie mogę zaprzeczyć - książka zachęca do kontynuowania lektury już od pierwszych stron, ponieważ Amo Jones od razu wrzuciła czytelnika w wir wydarzeń, które przytrafiają się Madison. Tak jak wspomniałam wyżej, moja mama połknęła Srebrnego łabędzia w jeden dzień i gdyby nie fakt, że raził mnie język do tego stopnia, że nie mogłam już tego czytać, pewnie też zajęłoby mi to kilka godzin. Nawet gdy nic szczególnego się nie dzieje, to perypetie nastolatki też są w pewnym stopniu intrygujące. Ich racjonalności podważać nie będę, bo po pierwsze pojawiłyby się w tej recenzji spojlery, a po drugie zbyt wiele przypadków musiałabym rozpatrzeć. 

Sam pomysł nie jest zbyt oryginalny, wyszukany czy świeży, bo książek o takiej tematyce pojawia się w tej chwili na rynku dużo. Nie popełniajcie mojego błędu i traktujcie Srebrnego łabędzia jako bardzo nieambitne guilty pleasure - wtedy może nie zawiedziecie się aż tak bardzo. Tajemnica skryta pod pozorami codziennego życia, którą Madison odkrywa razem z czytelnikiem jest, przyznaję, ciekawa. Gdyby była ona poprowadzona w nieco innym kierunku niż została, myślę, że ta książka byłaby lepsza. 

Sytuacji nie poprawiają bohaterowie, którzy są tak bardzo do siebie podobni, niczym się niewyróżniający, nijacy. Opis nowego bohatera opiera się przede wszystkim na kolorze włosów i oczu, ewentualnie gdy jest o nim mowa któryś raz z kolei, to pojawi się określenie kształtu szczęki czy umięśnienia (w przypadku mężczyzn). O głównej bohaterce, mimo że została zastosowana narracja pierwszoosobowa, niewiele czytelnik wie. Ot, bogata dziewczyna, której matka zmarła, ma macochę, przyrodniego brata i lubi strzelać. Nic więcej, chociaż naprawdę można było przemycać informacje nadające tym bohaterom realizmu, charakteru. 


Sądziłam, że Srebrny łabędź będzie fajną, lekką lekturą, a niestety nie do końca tak się stało. Przynajmniej nie dla mnie. Sięgnę po drugą część tylko ze względu na zakończenie, z którego niewiele wynikało, było nieco niezrozumiałe, dlatego ciekawi mnie, co stanie się z Madison. Jednak nic poza tym mnie nie zachęca do powrotu do świata Elite Kings Club. Guilty book - jak najbardziej. Literatura nieco poważniejsza - w żadnym razie. Żywię nadzieję, że może coś ulegnie poprawie, dzięki czemu będę mogła spojrzeć na całą serię nieco łagodniejszym okiem. Pierwsza część zasługuje według mnie na:
☆☆☆☆
Premiera już niedługo - czy macie zamiar sięgnąć i sami się przekonać, czy spodoba Wam się Srebrny łabędź? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach!

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Kobiecym. Bardzo dziękuję!

 
Oliwia xx
Czytaj dalej »

sobota, 27 stycznia 2018

Fantastyczna książka: „Okrutna pieśń” Victoria Schwab


Pewnego grudniowego dnia przeglądałam zapowiedzi Czwartej Strony na początek dwa tysiące osiemnastego roku, a wśród nich dostrzegłam Okrutną pieśń. Po przeczytaniu opisu od razu wiedziałam, że będę musiała ją przeczytać. W Polsce już wcześniej pojawiły się inne książki Victorii Schwab: Mroczniejszy odcień magii i Zgromadzenie cieni, a wkrótce powinna pojawić się również trzecia część, która po angielsku nosi tytuł A conjuring of light. Po przeczytaniu Okrutnej pieśni nie dość, że z niecierpliwością wyczekuję premiery Mrocznego duetu, to jeszcze na dodatek z ogromną przyjemnością sięgnę po te wcześniej wydane.

Kate Harker - córka przywódcy Północnego Miasta, która, aby jej ojciec uznał, że jest godna jego nazwiska, chce za wszelką cenę dorównać mu bezwzględnością. Po wydaleniu z sześciu szkół znajdujących się poza terenem Prawdziwości wraca do miasta, aby zacząć uczęszczać do Colton - lokalnej akademii - gdzie poznaje tajemniczego Augusta Flynna, adoptowanego syna przywódcy Południowego Miasta, który jest... potworem zdolnym za pomocą muzyki wygrywanej na skrzypcach odebrać komuś duszę. Wszystko zaczyna się komplikować w chwili, gdy Kate odkrywa jego mroczną tajemnicę.

Gdy czytałam bądź oglądałam przedpremierowe recenzje tej książki, nie mogłam uwierzyć, że może być aż tak bardzo dobra. Staram się (choć z marnym skutkiem) nie oczekiwać od powieści zbyt wiele. Im mniejsze są wymagania, tym mniejsze rozczarowania. Jednakże gdy zaczęłam czytać Okrutną pieśń, od razu pomyślałam: Inni mieli rację. Począwszy od języka, poprzez bohaterów, akcję, wykreowany świat, skończywszy na zakończeniu - uważam tę książkę za bardzo dobrą.

Przy lekturze Okrutnej pieśni odniosłam wrażenie, że pierwszy raz spotkałam się ze stylem, który prezentuje Victoria Schwab. Niepowtarzalny, plastyczny, nie pomijając również konstrukcji przyczynowo-skutkowej w wszelkiego rodzaju opisach lub rozmyślaniach bohaterów. Paradoksalnie - to właśnie one podobały mi się najbardziej. Nie są nużące, jak w większości książkach, a wręcz przeciwnie. Głównie to dzięki nim czytelnik może zbliżyć się do bohatera, poznać go lub też wyobrazić sobie miasto podzielone na dwie części rządzone przez wrogów życzących sobie nawzajem nie najlepiej.

Okrutna pieśń kwalifikowana jest, z dosyć prostej przyczyny, do nurtu urban fantasy. Przyznam, że nie sięgałam wcześniej po ten typ książek fantastycznych, a jeśli tak, to jeszcze wtedy to pojęcie nie funkcjonowało. W każdym razie świat wykreowany przez Victorię Schwab nie jest zbyt skomplikowany, ale wyjątkowy i niepowtarzalny w swojej prostocie, choć to słowo nie wydaje mi się zbyt adekwatne. W Prawdziwości - czyli metropolii zamieszkałej przez większą liczbę mieszkańców niż w Polsce - oprócz ludzi żyją potwory, które dzielą się na trzy kategorie. Najprościej będzie w tym miejscu przywołać tytułową pieśń, która charakteryzuje wszystkie typy potworów zamieszkujących to miasto:
„Monstra, monstra, małe, duże.
Przyjdą ci odebrać życie.
Corsaj, Corsaj, zęby, szpony,
Potnie, pożre na surowo.
Malchaj, Malchaj, blady, chudy, 
Wyssie krew, aż będziesz suchy.
Sunaj, Sunaj, czarnooki,
Pieśń zanuci, porwie duszę.
Monstra, monstra, małe, duże,
Przyjdą ci odebrać życie!”
Co ciekawsze i chyba mogące stanowić pewne odniesienie do świata rzeczywistego, te potwory powstają jedynie jako skutek uboczny zbrodni popełnionej przeciw drugiemu człowiekowi. W zależności od ilości ofiar rodzi się Corsaj, Malchaj lub Sunaj, co zostaje potwierdzone słowami:
„Przemoc rodzi przemoc”
Oprócz Prawdziwości w Verity znajdują się również inne metropolie, tj. Męstwo, Dobrobyt, Niezłomność, Miłosierdzie, które powstały na ziemiach dawnych Stanów Zjednoczonych. Można wyczuć inspirację Igrzyskami śmierci czy Niezgodną, ale Verity mimo wszystko różni się znacznie od innych dystopicznych światów, a poza tym jego inne aspekty nadają mu niepowtarzalności.

Czym byłaby dobra książka bez wyjątkowych i dobrze wykreowanych bohaterów? Pustymi słowami. Kate Harker i August Flynn to para tak niedobrana pod względem wyglądu, zachowania czy nawet pochodzenia, że aż trudno uwierzyć, że ich losy ciągle się ze sobą przeplatają. Jednak ja wierzę, gdyż jak to powiadają - przeciwieństwa się przyciągają. Spośród tej dwójki jednak bardziej polubiłam Augusta, w którym widzę alter ego niejednego bohatera romantycznego rozmyślającego nad swoją egzystencją, niezgadzającego się na porządek otaczającego go świata. Wbrew pozorom nie zawsze jest ciepłą kluchą, która jak Hamlet więcej myśli niż działa. Widać to zwłaszcza w drugiej połowie książki, gdzie akcja zaczyna nabierać tempa. Drugoplanowi bohaterowie również nie są jednakowi, papierowi, nierealistyczni. Każdy jest inny, każdy ma inną historię, każdy ma tajemnice. Zabolała mnie zwłaszcza postawa przyjmowana przez Leo - brata Augusta - dlatego też bardzo nie przejęłam się jego losami przedstawionymi w zakończeniu. Wiele mogłabym pisać o każdym po kolei, lecz po co? Lepiej samemu ich poznać, sięgając po Okrutną pieśń!

Gdy zaczęłam rozmyślać o tej książce już po jej skończeniu, zauważyłam, że tak naprawdę nie ma tam zbyt wiele akcji, przez którą nie można oderwać się nawet na sekundę od lektury. Ten tom, chociaż jest to dylogia, stanowi bardziej wprowadzenie, a wydarzenia właściwe mają miejsce dopiero w drugiej połowie książki. Mimo to nie potrafiłam przestać czytać! Kolejny paradoks, który tylko chyba potwierdza, jak ta powieść jest wyjątkowa. 

Zakończenie, ach, nieszczęsne zakończenie... Gdybym miała pod ręką Mroczny duet, to, dosłownie, odłożyłabym pierwszą część i chwilę później zaczęła czytać kolejną. Jednak, jako że jestem cierpliwą osobą, będę czekała do października, bo właśnie wtedy zostanie wydany w Polsce drugi tom Okrutnej pieśni.
„Ludzie to wyzyskiwacze. Wykorzystaj ich, zanim oni wykorzystają ciebie.”
„Powinien czynić świat lepszym, nie gorszym, a czy pozwolenie na czyjąś śmierć nie jest równie złe, co morderstwo?”
„»To okrutny żart wszechświata« - pomyślał August, że czuł się człowiekiem dopiero po zrobieniu czegoś potwornego. Przez co zaczął się zastanawiać, czy to ulotne wrażenie człowieczeństwa nie jest jedynie iluzją, echem odebranego życia. Ukradzione doznanie.”
W tym miejscu powinny pojawić się słowa podsumowania, jednakże sądzę, że nic więcej dodać nie mogę.  Pozostaje mi jedynie jej polecenie, gdyż naprawdę warto. Jestem pewna, że do października przeczytam tę książkę jeden lub dwa razy. Wyjątkowa historia, wspaniali bohaterowie, których dalszych losów nie mogę się doczekać! Moja ocena na dziś:
Czytaliście tę książkę? Jeśli tak, to jakie były Wasze wrażenia podczas lektury? Jeśli nie, to macie zamiar sięgnąć? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.

Recenzja powstała we współpracy z Czwartą Stroną. Bardzo dziękuję!

 
Oliwia xx
Czytaj dalej »

sobota, 20 stycznia 2018

„Czerwony parasol” Wiktor Mrok


Kiedy po raz pierwszy przeczytałam opis Czerwonego parasola, nie ukrywam, gdzieś z tyłu mojej głowy pojawiła się myśl, że przypadnie do mojego gustu. Historie oparte na faktach zawsze wydają mi się bardzo ciekawe, ponieważ w przypadku takich książek nie mogę sobie wmówić, że to jedynie fikcja literacka, niestety. Takie wydarzenia miały miejsce naprawdę. Ponadto ciekawiła mnie nieadekwatność tytułu do fabuły przedstawionej z tyłu okładki. Teraz trzeba dodać do tego intrygującą okładkę i mamy książkę owianą tajemnicą, w której każdy element dostrzegany na pierwszy rzut oka nie ma związku z drugim. Nic bardziej mylnego. 

Głównym wątkiem powieści jest historia siedemnastoletniej Tatiany (aż dopada mnie smutna refleksja, że jestem starsza od większości postaci literackich w książkach, które czytuję), której idealne życie zmienia się w jednej chwili. Po powrocie do domu w jeden z zimowych wieczorów zastaje rodziców oraz młodszą siostrę nieżywych. Nie poddając się emocjom, zabiera z domu tajemnicze ampułki oraz pendrive'a, które znalazła dzięki tajemniczej wskazówce, i ucieka z domu. Mimo młodego wieku musi dorosnąć i zmierzyć się z podejmowaniem trudnych decyzji. Stawka jest większa niż śmierć, jednak czy Tatiana będzie w stanie kierować się bezwzględnością i zabić z zimną krwią? Ważne jest tylko wykonanie zadania. 

Nie ukrywam, że ta książka budzi we mnie mieszane uczucia, gdy patrzę na nią z perspektywy, krótkiego co prawda, ale jednak, czasu. Z jednej strony nie zrobiła na mnie dobrego pierwszego wrażenia, a z drugiej reszta w pewnym stopniu to rekompensuje. Starałam się znaleźć jakieś informacje o autorze, nie udało mi się tego dokonać, jednakże nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Czerwony parasol jest jego debiutem. Problem polega na tym, że sama historia jest bardzo dobrze skonstruowana! Tylko język autora użyty głównie na początku książki...

Właśnie od tej kwestii chciałabym zacząć, żeby na samym początku wylać swoje żale, a później przejść do bardziej pozytywnych kwestii. Gdy zaczęłam czytać tę powieść, byłam nieco, sądzę, że będzie to najlepsze określenie, zdegustowana. Mam na myśli tylko i wyłącznie, tautologicznie mówiąc, język użyty przez autora. Według mnie jest on zbyt potoczny, tak jak wspomniałam powyżej, głównie tylko na początku historii. Wulgaryzmy czy niezbyt literackie określenia włożone w usta bohaterów jakoś bardzo mnie nie rażą. Sposób wysławiania się też jest przecież częścią ich charakterystyki! Nawet Prus w Lalce zastosował taki związek, który zwie się indywidualizacją języka. Jednakże, przynajmniej w moim odczuciu, jeśli narracja nie jest pierwszoosobowa, to te wypowiedzi bohaterów powinny jakoś wyróżniać się na tle całości tekstu; opisy powinny być napisane bardziej literackim językiem, a nie takim samym jak dialogi. Ponadto nieraz odnosiłam wrażenie, że pierwsze kilkadziesiąt stron pisał zupełnie ktoś inny. Być może nie jest to różnica kolosalna, ale zdecydowanie zauważalna. 

Jeśli mówię już o przewinieniach i zasługach autora, to muszę wspomnieć o ogromie pracy, którą musiał włożyć, zanim zaczął pisać. Jestem laikiem w kwestiach politycznych (chociaż poniekąd łączą się one z historią, którą rozszerzam), więc te wszystkie zawiłości, miejsca akcji, specjalistyczne nazwy po prostu zrobiły na mnie wrażenie. Już nawet z pierwszego zdania to wynika:

„Wasilij Mikulin, oficer operacyjny KGB na strefę Ameryki Południowej, z wściekłością spojrzał na zegarek.”

Pod tym względem naprawdę nie jestem wymagającą osobą i zawsze doceniam, gdy research zostaje w odpowiedni sposób wykorzystany w książce. Jednakże Wiktor Mrok wyszedł poza skalę, w pozytywnym tych słów znaczeniu.

Wielowątkowość zdecydowanie sprawia, że Czerwony parasol staje się zawiły do potęgi entej. Nie tylko na początku książki, gdy czytelnik dopiero odkrywa ten świat, próbuje przetworzyć wszystkie nowe informacje, które zasypują go od pierwszych stron, ale również przez jej resztę. Z jednej strony tragiczna historia Tatiany, która próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a z drugiej dosyć wyraźny wątek polityczny, a nawet po części historyczny, gdyż na samym początku akcja toczy się między innymi w ZSRR. (Zresztą gdzie akcja w tej książce się nie toczy? Naprawdę trudno powiedzieć...) Te dwa wiodące wątki są ponadto prowadzone równolegle, co być może nie wprowadza chaosu, gdyż nie można tej powieści zarzucić, że ma nieprzemyślaną budowę, jednakże musiała minąć chwilka, zanim załapałam, z jakimi postaciami mam do czynienia. Ponadto mamy jeszcze poboczne i mniej ważne wątki obyczajowy, a nawet, o zgrozo, romantyczny. Myślałam, że chociaż w Czerwonym parasolu jego uniknę, ale gdzież tam! Grunt, że nie absorbuje czytelnika tak bardzo, jak te główne.

Przy niewielu powieściach czułam niemalże niesłabnące napięcie, tak jak w przypadku tej. Z perspektywy, tak jak już wspomniałam wyżej, wątpliwej długości czasu, myślę, że czułam niepokój nawet w momentach oddechu między kolejnymi zwrotami akcji, zaskakującymi wydarzeniami. Nawet te pierwsze strony, odrzucające pod względem użytego języka, ciekawiły mnie właśnie przez toczącą się niczym rollercoaster akcję, która co chwile przenosiła się do innych państw (ba, innych kontynentów!). 

Moskwo, ach to ty! - parafrazując tytuł jednej z piosenek Grechuty. Jeden z powodów, dzięki któremu patrzę na Czerwony parasol jak na dobrą książkę to klimat mroźnej Rosji, ale także wielu innych państw, które opisuje Wiktor Mrok. Jednakże nie ukrywam, że to Rosja spodobała mi się najbardziej, gdyż mam jakieś specyficzne zamiłowanie do imion i nazwisk rosyjskich - to raz. Dwa, opisy, tak jak wspominałam wyżej, nie są wybitnie literackie, ale sprawiają, że czytelnik jest sobie w stanie wyobrazić te miejsca, poczuć zimny dreszcz na plecach. Tak przynajmniej było w moim przypadku. 
„Przypadki żądzą ludźmi (...) Cała akcja była pewnie przygotowana profesjonalnie, ale czasem może pójść coś nie tak; ktoś czegoś nie przewidzi lub nie weźmie pod uwagę”


Czerwony parasol, czyli debiut na czwórkę z malutkim plusem. Cóż właściwie jednak oznacza tytuł, bo jak sama wspomniałam, wydawał mi się początkowo nieadekwatny do treści, jednak nie mogłam pomylić się bardziej! Zdradzać nie będę, gdyż można samemu się o tym przekonać, sięgając po tę książkę, która pierwszy raz w księgarniach pojawiła się wczoraj. Ze względu na wielowątkowość trudno zaszufladkować tę historię do jednego gatunku. Według mnie skłania się ku thrillerowi, sensacji - te klimaty. Gdyby nie ten nieszczęsny początek, z pewnością dałabym więcej gwiazdek, a tak myślę, że Czerwony parasol zasługuje na:
☆☆
Macie zamiar sięgnąć po tę książkę? Z czym kojarzy Wam się tytuł tej powieści? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.
Oliwia xx
Czytaj dalej »

piątek, 5 stycznia 2018

„Piąty płatek róży” Brunonia Barry


O Brunoni Barry pierwszy raz usłyszałam, gdy Zuza z Kulturalnej szafy na swoim kanale opublikowała recenzję Piątego płatka róży. Fabuła od razu mnie zaintrygowała, a pozytywna opinia tylko dodatkowo zachęciła do sięgnięcia po tę książkę. Na szczęście św. Mikołaj uważnie przeczytał mój list, dlatego też zaraz po świętach zabrałam się do lektury. Jednak czy spodobał mi się ten dziwny kryminał, w dodatku z romansem w tle?

John Rafferty, komendant policji w Salem, postanawia zbadać nierozwiązaną sprawę sprzed dwudziestu pięciu lat. Dotyczy ona zabójstwa trzech kobiet, które nazywane były Boginiami. Z pomocą córki jednej z ofiar Rafferty zaczyna odkrywać mroczne strony niewielkiego miasteczka. Czy tajemnice przeszłości stanowią przeszkodę do zbudowania nowego szczęścia? Czy można odnaleźć zabójcę zbrodni sprzed ćwierć wieku?

Ostatnio dosyć często zdarza mi się, że jestem zawiedziona jakąś pozycją, ponieważ tworzę w głowie swego rodzaju jej perfekcyjne wyobrażenie na podstawie recenzji innych. Przez chwilę, tuż przed rozpoczęciem lektury, bałam się ponownego rozczarowania spowodowanego wygórowanymi oczekiwaniami. Na szczęście intrygujący początek rozwiał wszelkie wątpliwości, które już więcej nie powróciły.

Trzeba przyznać, że najbardziej charakterystycznym i nieodłącznym elementem Piątego płatka róży jest klimat. Same umiejscowienie akcji w Salem  - miasteczkiem kojarzącym się głównie z procesami czarownic  - mówi samo za siebie. Mrok przenika przez karty tej powieści, a to wszystko owiane tajemnicą teraźniejszości zaklętej w przeszłości. Inni twórcy kryminałów, zwłaszcza szwedzcy, również wprowadzają złowrogi klimat, jednakże bardziej mnie nudził niż wywoływał dreszczyk emocji. Z Piątym płatkiem róży było zupełnie inaczej  - na szczęście.

Nieodłącznym elementem klimatu jest przenikanie się światów - realnego z fantastycznym. Doskonałe wykorzystanie mitologii celtyckiej, ciągłe przeświadczenie jednej z bohaterek o tym, że za wszelkie zło w Salem odpowiada żądna krwi banshee, sprawia, że czytelnik również zaczyna w to wierzyć. Rozsądek się wyłącza, a wtedy odbiorca tonie w tym cudownym metafizycznym świecie, rodem z utworów romantycznych. 

Piąty płatek róży, pomimo że jest kryminałem, to nie brakuje w nim innych wątków absorbujących uwagę czytelnika. Można do nich zaliczyć w pewnym momencie rodzący się wątek romantyczny między bohaterami. Czasami pojawiają się również retrospekcje należące do Rose, podejrzanej o zabójstwo Bogiń, lub Callie  - córki jednej z zamordowanych kobiet. Dzięki nim czytelnik poznaje motywację działań postaci, poznaje ich przeszłość czy nawet dostaje wskazówkę, która mogłaby pomóc w rozwiązaniu zagadki. Powiedziałabym nawet, że w Piątym płatku róży można doszukać się wątku obyczajowego. Teraz uwaga osoby piszące maturę... Pojawia się nawet motyw miasta! Mowa tutaj o Materze we Włoszech, do której w pewnym momencie udają się bohaterowie i dla których jest ona miejscem przyjaznym (to już tak na marginesie).

Brunonia Barry w tej powieści nie zastosowała plot twistów typowych na przykład dla książek Mroza, ale zakończenie było mimo wszystko zaskakujące. Nie udało mi się zgadnąć, kto popełnił zbrodnię i, prawdę mówiąc, w żadnym stopniu nie podejrzewałam tej osoby. Napięcie osiągało zenit, przez co z zapartym tchem czytałam finałowy zwrot akcji. Moje przejęcie potęgowało dodatkowo przeskakiwanie między sytuacjami w poszczególnych rozdziałach, jako że została zastosowana narracja trzecioosobowa. Autorka niestety wie, jak zmusić czytelnika do nieprzerwanego czytania...
„A kiedy już zaczniesz demonizować różne grupy osób, kiedy już uczynisz je »innymi«, możesz usprawiedliwić każdą krzywdę, jaką im wyrządzisz, prawda? Historia zna wiele takich przypadków, jeśli mi nie wierzysz.”
„Powiedz mi, czego chcesz, a powiem ci, kim myślisz, że jesteś. Powiedz mi, czego się boisz, a powiem ci, kim naprawdę jesteś.”
„Callie akceptowała teorię grzechu pierworodnego, bycia urodzonym w smutku, a nawet zepsuciu, które już na człowieka czekało. Zdawało się jej, że taka jest kolej rzeczy, odzwierciedlająca niezadowolenie, zapewniająca postęp ludzkości. Tego, czy chrzest jest w stanie to wymazać, nie była do końca pewna. Chciała wierzyć, że taka jest prawda. Ale może chrzest bardziej maskuje grzech, niż go wymazuje? Tak jak jeden fresk zasłania to, co leży pod nim. Podobnie jak wszystko zasłonić może sadza z ogniska.”


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brunoni Barry uważam za zaskakujące w sposób pozytywny i na pewno zachęcający do sięgnięcia po pozostałe powieści. Połączenie klimatu, starych celtyckich wierzeń i zbrodni okazało się idealnym przepisem na świetną książkę. Uwadze nie może umknąć również wątek miłosny. Okładkowe sroki z pewnością będą chciały mieć Piąty płatek róży na swojej półce ze względu na piękną, przynajmniej według mnie, okładkę. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z twórczością Brunoni Barry, gdyż nie jest dość popularną autorką, a na rozgłos jak najbardziej zasługuje, bo stworzyła opowieść o stokroć lepszą niż niejeden bestseller. Moja ocena:
Jakie były Wasze wrażenia podczas lektury? Jeśli jeszcze nie przeczytaliście Piątego płatka róży, to macie zamiar po niego sięgnąć? Może czytaliście inne powieści tej autorki? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.
Oliwia xx
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia